Spacer po prowansalskim rynku zapewni każdemu miłośnikowi dobrej kuchni wiele atrakcji. W zeszłym roku odwiedziliśmy 3 rynki: w L’Isle-Sur-la-Sorgue, Saint Remy i Lourmarin.

Każdy z nich miał swój urok. Była to pełnia lata – środek lipca, pełno turystów, trudno było przejść wąskimi uliczkami przy których były stragany. We wszystkich kawiarenkach tłok – trudno było znaleźć wolny stolik. Z tym większą radością, że udało się go znaleźć – siadaliśmy przy filiżance kawy i omawialiśmy swoje zakupy. 

 Można by dokładnie opisywać każdy stragan, wiele drobiazgów przyciągających nas swoją odmiennością.

Na początku zachwyciłam się warzywami. Tylu rodzajów pomidorów, bakłażanów i cukinii nigdy przedtem nie widziałam. Przesympatyczni sprzedawcy zachęcający do kupna swoich produktów, a jeśli kupowało się 2-3 sztuki zamiast jednej (lub 2 kg zamiast 1 kg) to cena była dużo niższa.Nietrudno więc sobie wyobrazić jak objuczeni wracaliśmy z tego pierwszego rynku. Było nas czworo i każdy z nas dźwigał siaty (oczywiście panowie mieli ich znacznie więcej). 

 Wychodząc z rynku dostrzegłam melony. Po spróbowaniu okazało się, że to słynne ,,niebo w gębie’’ jest tak soczyste, że od razu żal mi się zrobiło, że u nas nie są tak smaczne. Reszta naszej 4-osobowej wycieczki gdzieś zniknęła – niestety nigdzie ich nie dostrzegłam. Kupiłam więc 3 melony (mimo, że w planach miałam jeden) i dźwigałam je do samochodu. 

Znikanie na rynku weszło mi w krew. Jak mówił Tomek, wystarczyło się odwrócić, a mnie już nie było. Zawsze coś gdzieś dostrzegłam, coś mnie zaciekawiło… Nie znikałam na długo (max 15 minut), bo przecież plan mieliśmy napięty i wiele ciekawych miejsc chcieliśmy zobaczyć.

Wracając do naszej pierwszej wizyty na rynku, to nie tylko zachwyciły mnie warzywa. Zachwycił mnie (Olę – moją przyjaciółkę również) pewien Francuz sprzedający rozmaite ,,narzędzia’’ do cięcia, siekania i rozdrabniania warzyw. Przystojniak, mówiący piękną angielszczyzną, co na rynkach jest rzadkością. Ale to nasi panowie, a nie my zadecydowali o kupnie sprzedawanych przez niego nożyczek, obieraków itp. Sprawdziły się! Używamy ich od roku. Wróćmy do powrotu z rynku do ,,naszego’’ prowansalskiego domku. 

Była niedziela, drugi dzień pobytu w Prowansji. Czekało nas przygotowania ,,ratatujka’’. Kuchnia w naszym ,,gite’’ była malutka, ale mieliśmy piękny ogród z dużym, kamiennym stołem. To był typowy stół z książek Petera Mayle’a. 

To w dużym stopniu jego zasługa, że Prowansja ,,zaistniała’’ w Ameryce i dużej części Europy. 

Świat Petera M. to odrębny temat. Dzięki jego książkom do Francji ściągały rzesze turystów. Niestety większość spotkanych przez nas Francuzów nie była zachwycona, gdy o nim rozmawialiśmy. Mieszkańcy malutkich wsi i miasteczek lubią spokój. Tłumy turystów zakłócały go.

Wróćmy do czekających na nas warzyw. Obieranie ich i krojenie na tym kamiennym stole było prawdziwą przyjemnością. Wyobraźmy sobie wczesne, ciepłe popołudnie. Słoneczko nie przeszkadzało nam w pracy, ponieważ cień dawały rosnące w pobliżu dwa figowe drzewka. Pracę umilało nam schłodzone białe wino kupione w pobliskiej winnicy. Doglądając nasze ratatouille podziwialiśmy położone na pobliskim wzgórzu Menerbes i otaczające je winnice. Winko zaostrzyło nam apetyt. Nie mogliśmy doczekać się naszej potrawy. Przyrządzona naprędce pasta z awokado i anchois z chrupiącą bagietką smakowała wyśmienicie.

Ciepłe leniwe, popołudnie przeciągnęło się do nocy. Kolejną dokładkę ,,ratatujka’’ kończyliśmy przy czasami zagłuszających nas cykadach.


Agnieszka

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *