Odpoczynek w winnicy

Kocham zwiedzanie i aktywny wypoczynek!  Nie ma nic lepszego niż podróże własnym samochodem. Zwiedzamy we własnym tempie, planujemy konkretne miejsca, które chcemy zobaczyć i zawsze możemy je zmodyfikować w zależności od możliwości fizycznych, chęci i nastroju. Nasz wyjazd nad Dolinę Mozeli był nadzwyczaj udany! Gdzie leży Mozela? To pytanie zadają nam często znajomi. Oczywiście w Niemczech! Jest to region, gdzie na każdym kroku widać wpływy rzymskie, a mieszkańcy są bardzo serdeczni.

To,  to co opiszę nie będzie miało  wiele wspólnego z aktywnym zwiedzaniem.  Dla przyzwoitości trzeba by dodać, że już kilka dni byliśmy w trasie i pokonaliśmy mnóstwo schodów zwiedzając zamki nad Renem i Mozelą.  Dlatego jeden wspaniały dzień lenistwa dobrze nam zrobił. Po wizycie w muzeum wina dojechaliśmy do miasteczka –  miejsca naszego noclegu. Sierpniowe wczesne popołudnie, godzina 14-ta, około 39 stopni.

Mieliśmy w planie jeszcze parę miejsc do odwiedzenia. Niestety, a może na szczęście, urok tego miejsca  przesłonił naszą wizję zwiedzania.

Dojeżdżamy na miejsce. Wokół roztaczają się winnice, a pomiędzy nimi  nasz domek… Uroczy….  Parkujemy i idziemy się zakwaterować. Po drodze zatrzymujemy się na tarasie otoczonym winoroślą. Już nie chcę oglądać pokoju, to po prostu nieistotne…

Szybkie zakwaterowanie i powrót na taras przed domem. No, może nie takie szybkie. Mamy przecież spory bagaż z poprzedniej winnicy: trochę buteleczek do degustacji… Żeby nam się nie zepsuł w związku z wysoka temperaturą, chronimy go w piwnicy u gościnnych gospodarzy.

Początkowo mamy w planie krótką przerwę. Niestety przeciąga się ona aż do nocy. To nic dziwnego w tak malowniczym miejscu!  Wygodne foteliki na tarasie, w cieniu drzew, zaledwie kilka metrów od domu, krzewy winorośli na wyciągnięcie ręki… Jest jeszcze parę tygodni za wcześnie, aby się nimi rozkoszować. Wtedy byłby to pełen odlot! W prawej ręce kieliszek wina, a lewa zrywałaby winogrona… Mam nadzieję, że uda nam się taki wariant tej jesieni… Rozpisałam się o fotelikach, winoroślach, a przecież głównym winowajcą przez którego zrezygnowaliśmy ze zwiedzania, było WINO!

W olbrzymiej chłodziarce znajdującej się w kuchni. Wystarczyło pójść i wybrać butelkę ( korzystając z opisu naszych kochanych gospodarzy ). W przeznaczonym do tego zeszycie trzeba było zapisać numer pokoju i rodzaj wina, które kosztowaliśmy. Biorąc pod uwagę okoliczności związane z temperaturą, naszym ” zmęczeniem” i ilością próbowanego wina, wpisywanie w ten zeszyt nie było wcale łatwe.  Trzeba to było robić od razu, żeby jakaś butelka nie umknęła naszej pamięci….  Tu pojawiła się pewna mała, aczkolwiek trochę nurtująca mnie myśl:  Czy nasi kochani rodacy dadzą radę zapisać wszelkie wypite butelki? Czym prędzej ją odgoniłam, bo przecież na takie wyjazdy wybierają się ludzie z klasą!

Przy dobrym winie apetyt dopisuje. My też zgłodnieliśmy! Na szczęście nie musieliśmy nigdzie chodzić. Smakowite przekąski można zamówić na miejscu. I tu dochodzimy do najważniejszej  części moich wspomnień z winnicy: do wspomnianych przeze mnie naszych kochanych gospodarzy. Myślę, że mogę napisać kochanych, bo znamy ich już trochę lepiej niż w sierpniu ( spotkaliśmy się dzień przed Sylwestrem we Wrocławiu ).  Ponieważ opisywałam dokładnie, prawie  godzinowo,  przebieg tego dnia teraz przyszła pora, aby ich przedstawić. Barbara jest polką, pochodzi z Wrocławia. Rodzina Markusa, męża Basi, od pokoleń  kultywuje tradycje uprawy wina nad Mozelą. Muszę jeszcze wspomnieć o ich dwóch uroczych córeczkach. Nie chciałabym naruszać ich prywatności, wiec na tym poprzestanę. Jak zadzwonię w najbliższym czasie do Basi na plotki i spytam, czy mogę upublicznić jakieś ciekawostki, to wrócę do tematu.

My tymczasem dalej siedzimy na tarasie, rozmawiamy z Basią, która błyskawicznie potrafi przerzucać się z rozmowy z nami na niemiecki, rozmawiając z pozostałymi gośćmi pensjonatu. Wieczorem, po ciężkim dniu pracy dołącza do nas Markus. Basia pracuje jako tłumacz. Tomek trochę posługuje się j. niemieckim, ja niestety poziom zerowy. Chociaż wino robi swoje i zaczynam trochę kumać, jak to mawia młodzież. Jest przecież wiele słów, o podobnym brzmieniu i znaczeniu.

Jednym z gości pensjonatu jest około 80-letnia pani, która słysząc jak rozmawiamy, odzywa się do nas po polsku. W latach 60-tych prowadziła z mężem jakąś fabryczkę w pobliżu naszej granicy i zatrudniała polaków. Stąd wynikała jej znajomość polskiego. Nawiązaliśmy bardzo sympatyczną rozmowę, a to wszystko dzięki kameralnej i rodzinnej atmosferze panującej w domu Barbary i Markusa. Wierzcie mi, że to co piszę nie jest tekstem pod publikę. Tam naprawdę jest świetnie! W czasie naszych podróży samochodem po Dolinie Mozeli, Dolinie Loary lub w Prowansji, prawie zawsze udawało nam się trafić w fantastyczne miejsca, jest ich naprawdę dużo. Ale takie przecież było nasze zadanie: zobaczyć jak najwięcej miejsc do zwiedzania i pensjonatów. Tak, abyśmy mogli z czystym sumieniem dawać rekomendacje danego miejsca naszym klientom. Zdarzało się, że pod koniec dnia ustalaliśmy czy dany obiekt widzieliśmy dziś, czy to było wczoraj? Gdyby nie dyktafon, zdjęcia i notatki, byłoby ciężko!

Najwspanialsze miejsca noclegów oznaczałam krótkim tekstem: ” Chcę tu wrócić i spędzić choć jeden cały dzień.”Zwierzyłam się z takich pragnień pewnej właścicielce XVI-wiecznego domu w Prowansji. Odpowiedziała krótko: „Zostań, a Tomasz przyjedzie po ciebie za parę dni.” Gdyby to  było tak proste… Ale to już opowieść na innego bloga. A do naszej wyprawy nad Mozelę wkrótce wrócę. Czekał nas tam bowiem następny dzień pełen zamków i wspaniała kolacja w restauracji u cioci Barbary…